Wampiryczny Casanova

Data opublikowania: 25.05.2012,
Komentarze: 2,
Autor: Werr

Moda na wampiry trwa w najlepsze. Uległ jej także Tim Burton tworząc kolejną swoją produkcję, w której główne role powierzył Evie Green oraz (tradycyjnie) Johnny’emu Deppowi. Mowa oczywiście o Mrocznych cieniach, które premierę w Polsce miały 18-go maja br.

Tym razem boski Johnny przybrał postać nieco zuchwałego i swawolnego podrywacza wieku XVIII, który w końcu wpada w sidła romantycznej miłości. Jednak na drodze tej miłości staje hulaszcza przeszłość Barnabasa Collinsa (Depp) pod postacią wzgardzonej służącej Angelique (Green), która okazuje się czarownicą. Przy pomocy sił ciemności i czegoś w rodzaju hipnozy zmusza ukochaną Barnabasa, Josette do rzucenia się w przepaść. Kochanek nie mogąc pogodzić się ze stratą kobiety, chce popełnić samobójstwo rzucając się za nią we wzburzone odmęty morza. Po uderzeniu o skały, budzi się obok ciała Josette, zauważając, że nadal żyje. Nie wie jeszcze, że Angelique, by maksymalnie wydłużyć jego cierpienia, przy pomocy czarnej magii, przemieniła go w wampira. Obywatele Collinsport dowiadując się, kto wysysa krew z mieszkańców miasteczka, w akcie zaprzestania tym niecnym procederom, zamykają Barnabasa w metalowej skrzyni i zakopują żywcem. W 1972 roku na skrzynię przypadkowo natrafiają miejscowi robotnicy, nie zdając sobie sprawy ze skutków, które nastąpią po jej otwarciu…

To tak tytułem wstępu, reszty fabuły opowiadać nie będę. Historia, jaką przedstawił Burton oparta została o serial, który emitowała niegdyś amerykańska telewizja. Przeniósł on kultowy program z nadzieją, że odniesie podobny sukces. Nieco się przeliczył, bo mimo iż całkiem przyjemnie ogląda się ten “gotycki” horror z elementami komedii, to patrząc na produkcję, jako całość brakło przysłowiowej kropki nad i, mimo iż ze swojego zadania wywiązał się znakomicie Johnny Depp – dopasował grę aktorską, intonację głosu i gestykulację do osobowości zmanierowanego bogatego, osiemnastowiecznego casanovy.

Muzyka Danny’ego Elfmana zgrabnie uzupełniała zarówno fabułę, jak i scenerię oraz kostiumy. Efektowne okazały się “sceny walki” między wampirem a czarownicą, a od czasu do czasu na sali kinowej rozlegał się szczery śmiech. Za niektóre nawiązania Burtona do współczesności, skojarzenia oraz próbę dopasowania się Barnabasa do nowej rzeczywistości daję duży plus. Przykładem niech będzie choćby imię czarta Mefistofeles w księdze dotyczącej czarnej magii, którego zapis zaczyna się literą M niepokojąco podobną do logo McDonalds’a (product placement?).

Momentami można było jednak odnieść wrażenie, że niektórymi scenami Burton ironicznie chciał nawiązać do bestsellerowej sagi Stephenie Meyer Zmierzch. Romantyczny motyw, gdy w XX wieku wampir ukochaną zmienia w podobną sobie istotę, a potem żyją długo i szczęśliwie aż do nieskończoności (nie przypomina Wam to czegoś?). Pisząc we wstępie o uleganiu modzie nie wspomniałam, że zabrakło również charakterystycznych dla Burtona ciekawych rozwiązań. Przemknęło nawet przez myśl, że reżyser bardziej skupił się na dopasowaniu się do wampirzego trendu, niż wydobycia z tej historii, tego co najlepsze i nadania jej swoistych cech, za które fani tak go uwielbiają.

Na film wybrać się można, jeżeli naprawdę przepada się za tego rodzaju kinem, jednak jeżeli nie ma się specyficznego poczucia humoru, na wampirycznego kochanka można poczekać aż jego „perypetie” ukażą się na dvd.

Ocena ogólna: 6,5/10

Źródło: www.iprezenty.pl, http://www.movingpictureblog.com, http://headblitz.com, http://www.anothermag.com, www.film.interia.pl

Komentarze